26 Październik 2020, 08:07:38

Aktualności:

>>> SPOTKANIA KFM <<<
Serdecznie zapraszamy na wspólne spotkania: każdy PIĄTEK 19:00 - LOKAL CKR
Szczegóły w wątku.



Bałkany 2013

Zaczęty przez yellow_67, 16 Wrzesień 2013, 23:24:24

Poprzedni wątek - Następny wątek

yellow_67

16 Wrzesień 2013, 23:24:24 Ostatnia edycja: 16 Wrzesień 2013, 23:30:03 by yellow_67
Ponieważ temat Gucy niestety niestety nie wypalił a temat Bałkanów został "wiecznie" żywy wiec postanowiłem jednak go zrealizować.

Przejechana trasa (bez jednego dnia)
http://eztour.holux.com/facebookApp/shareData/2013September/FB6QS29U.htm


Uczestnicy:
Raymund - BMW R 1200 GS, Turek
Tomek - Goldwing GL 1800, Miedziana Góra
Yellow - Goldwing GL 1800, Kielce

Piątek 30 sierpnia

Ponieważ trasa zapowiadała się dosyć "ambitnie" start nastąpił o godzinie 7 rano.
W planach przejazd z Kielc do Novego Sadu w Serbi. Po drodze sympatycznie przez Słowację, do Miskolca jakoś ujdzie a potem już franca autostrada radość odbiera.
Na resztkach paliwa docieramy za Szeged po czym tankujemy do urzygu motorki bo ..... cholera wie co będzie w tej dzikiej Serbii
Dojeżdzamy w okolice Novego Sadu już późnym popołudniem które bardzo szybko przeszło we wczesny wieczór. Mamy wbity namiar na hotelik i zaczynamy dziarsko napierać.
Wynosi nas gdzieś na obrzeża, po drodze policja z suszarkami ..... dojeżdzamy w okolice (cieszę się jak głubi  bo z navi wynika, że to gdzieś na samym Dunajem).
No i czar prysł - DUUUUPA. Adres ni ten tengo "kijaszka" się nie pokrywa z tym co widzimy - stada aborygenów wywalaja na nas oczy ale przyjaźnie tłumaczą,że to bardzo popularna nazwa ulicy jest - SZLAG.
Zaglądamy w booking i na googla i na czyja odnajdujemy ulicę tym razem w centrum miasta. Pełni nadziej  naparzamy z powrotem 15 km w stronę Centrulu...
Podjeżdzamy, michy się cieszą, piękna iluminacja miasta i nagle ..... ZAKAZ RUCHU (strefa piesza). JAk do tego ^%#$^%%&^* hoteliku dojechać ?
RObimy kółeczko jesteśmy juz prawie w ogródku z gąska a tu nagle ........ZAKAZ RUCHU (strefa piesza).
Szlag, szlag, szlag - wkurwieni jak nieszczęśći, brudni i źli jak HArry wpierdzielamy się jak najbliżej olewając strefę ruchu. No cudnie po prostu, piękny deptak, ludzie przy stoliczkach, piwo się leje strumieniami - języki u ziemi ...
Odnajduję na rzeczonym deptaku kamienice z numerem z booking - ^%$&^%*&( nie ma tam nic co wygląda na hotel.

Włazimy jednak twardo w jakąś bramę i okazuję się, że tam są pokoje gościnne.
W sumie OK ale gdzie do ..rwy nędzy jest parking ? Pani zdziwiona sugeruję postawienie na ulicy, Tomek  grzecznie jej tłumaczy, że to raczej fucking debilny pomysł jest postawić motorki na noc na deptaku po którym łażą nawaleni tubylcy.
No to PAni proponuję, żebyśmy wjechali po "paru schodkach" i staneli przed drzwiami. Pomysł może dobry dla GS'a ale nie dla Goldasa. Wiec Tomek grzecznie (bo ja już prawie się gotuję) tłumaczy że jeden motorek z bagażem waży prawie pół tony i raczej tu się nie zmieści.
Efekt jest taki, że znów &$^%&(P)( jak nieszczęście wracamy do motorków na parkingu. Tam na szczęście dopadamy localesa na motorku który zapytany o hotelik z bezpiecznym parkingiem wyciaga tablet, mruczy coś pod nosem po czym jak do samolotów na lotnisku mówi Fallow Me no to jedziemy.
Podróż po 2 km konczy się przemiłym hotelikiem z parkingiem na dziedzińczyku - no otake coś nam chodzilo
Szybkie mycie żeby nie psuć atmosfery i walimy coś zjeść - tubylcy wskazali knajpkę localesów 200 m dalej i było warto. NA kolację micha miesa z grila i sałaty której nawet nas 3 głodnych samców nie dało rady skończyć.
Przy okazji sympatyczna kelnereczka umilała nam czas swoim gaworzeniem (w żadnym cywilizowanym języku) oraz wdziekami.
Jednak bystro skomentowała nasze obrączki wiec ........poszliśmy spać grzecznie
P.S. Na ja przynajmniej grzecznie bo w swoim łóżeczku natomiat Raymund z Tomkiem spali prawie pod jedną kołderką
Na ich szczęście sen mam twardy hehehehhe.

Przejechaliśmy tego dnia około 900 km

Sobota 31 sierpnia

Ciąg dalszy nudnego dolotu. Popierdzielamy po skromnym śniadanku po nudnej serbskiej autostradzie i tylko widok zaje %^&%*&&( korków w drugą stronę poprawia nam humory - ot nic tak nie cieszy jak widok gosci w "puszkach" z perspektywą stania paru godzin w kolejce przed przejściem buhahahah ^^
Szybciutko mijąc puszkarzy na granicy Serbsko_Macedońskiej (pomijając czecha co się trochę na nas wkur... za miniecie kolejki) wpadamy w Macedonie.
I budzimy się dosyć szybko, jakoś tak inaczej, zielono, górki ...
W pewnym momencie autostrada rozwidla się wkoło góry i jedziemy jej jedną częścią na południe. Dookoła góry, wąwozy i zakręty. Tylko jakoś w głowie blokada, że droga ma dwa pasy i to w jedną stronę. Ciężko mi było wyłączyć brzęczyk w mózgu i walić w ciemno lewym pasem
W końcu JEST !!! Grecja
Jedziemy w stronę Salonik jednak mijamy je szerokim łukiem aby dojechać do KAterini a właściwie jej dzielnicy nadmorskiej. TAm zaczynamy szukać noclegu. Miejscówka bardzo fajna ale to takie Mielno razy 3 razy wiecej ludzi i gęściejsza zabudowa. Meijsca na parkowanie motorków też jakoś specjalnego nie widać wiec dajemy dyla na obrzeża "uzdrowiska". Tam w miarę szybko udaje nam się znaleźć hotel i nie wybrzydzając za bardzo, zmeczeni jak psy logujemy się do dwóch pokojów w konfiguracji 2 i 1
Hotel "okazał' epicki powiedział bym. Marmury i armatury i na bogato bo okazało się, że jego klientami w 80% są nasi wschodni sąsiedzi. Szybko czyścimy nasze ciałka i walimy coś jeść i pić, PIĆ, PIIIIĆ .....
Konsumpcję co prawda obrzydzała nam grecko-muzułmańska muzyka weselna napierdzielająca z sąsiedniego hotelu no ale da się żyć.
STOP - dało się żyć. Włąśnie przeszła "nowa ruska" z nogami jak kolumny korynckie, dupą jak kopuła Watykanu w jedwabnym szlafroku z ...... zajewielkim smokiem malowanym na rzeczonym szlafroku. Musiałem zapanować nad żoładkiem który w naturalnym odruchu chciał pozbyć się kolacji. I pewnie by to zrobił ale było tam również PICIE wiec nie oddałem 
Po tak poruszającym kontakcie z pieknem i sztuką w jednym idziemy spać modląc się aby nam się nie przyśniło.

Przejechaliśmy tego dnia około 900 km

Niedziela 1 września

Pobudka jakoś tak sama nam wcześnie wyszła, schodzimy na śniadanko na bogata i decydujemy, że spadamy dalej.
Szybkie zdjęcia z Goldasami na plaży i lecimy dalej po drodze podziwiając Olimp nieodmiennie w chmurach. A co bedą ziemianie podglądać jak się Bogi bawią
Żeby nie było nudno znajduję boczną drogę wiec szybciutko spadamy z autostrady. No i się zaczyna uczta dla motocyklisty - zakręty nie ekstremalnie ciasne, nawierzchnia w miarę gładka, cudo.
Aby było trudniej jest zakręt za zakrętem i zakrętem pogania na dodatek droga wspina się pod kątem min 15  stopni - fajowo
Po drodze mijamy jakiś zlot greków obok jakiejś kapliczki i zaczynamy powolny zjazd w dół. Celem dziesiejszego dnia jest Kalampaka i słynne Meteory. Koledzy marudzą troszkę po drodze, że niby co te te meteory, że niby jakieś tam górki i inne takie pierdoły. Wjeżdzamy do Kalampaki i następuje pierwsze zbieranie szczeny z asfaltu. Miasteczko od jednej strony przytulone dopionowej skały. No ale czas napaść nasze brzuchy wiec parkująć w ścisłym centrulu siadamy na ogródku zastanawiając się co by tu zjeść.Kolega kelner widząc nasze niezdecydowanie prowadzi Tomka ze sobą do .... kuchni gdzie nasz kolega prosto z kotła na zasadzie akceptacji wzrokowo-węchowej wybiera dla nas pasze. No dobra, najedzeni to teraz tradycyjnie czas ogarnąć temat spania.

Ten sam klener sugeruje nam atrakcje spania w najstarszym kalampackim hotelu o jakże wdziecznej i zaskakującej nazwie Hotel Meteora  Hotel rzeczywiście patrzac z wystroju i standardu jest najstarszy ale za to klimatyczny. Otwieram balkonik i mam wrażenie, że mogę napluć na rzeczone skały. No to czas obejrzeć te cuda z bliska - wskakujemy na motocykle i robimy pełną objazdówkę meteorów. Droga kręta, malownicza, pośród wyrastającyj jak grzyby po deszczu formacji skalnych. Porównanie do grzyba nie było przypadkowe, tylko zdjęcia są w stanei oddać te kształty, klimat miejsca. Po zjezdzie z powrotem do hotelu czas uzupełnić płyny czyli zacząć od piwka a potem przejść na wina po drodze pijąc ouzo  Przy okazji nawiązuje się rozmowa z Ramim, sympatycznym Libańczykiem z którym w atmosferze ogólnoświatowego pokoju idziemy na kolację do podobno również najstarszej restauracji w mieście. NA szczęście jedzonko było znacznie młodsze niż restauracja poza tym suto podlane "płynami" nam nie zaszkodziło. Jakoś późno w nocy idziemy spać bo jutro przecież Albabia

Dziś było lajtow - przejechane jakieś 250 km.

Poniedziałek 2 września

Śniadanko i zaczynamy rusząc w stronę "wielkiej Przygody", początkowa droga grecką autostradą w stronę
Igoumenicy jest dla odmany nudna jak flaki z olejem. Budzą nas tylko spektakularne estakady i zmieniająca się bez przerwy temperatura od 10 do 25 stopni
Wreszcie jest !!! Granica z Albania, szybka fotka na tle flagi i jedziemy dalej. No i w zasadzie zaczeło się
Plan był taki aby dojechać do Ksamilu i tam nocować i dojechać do niego od półudnia przez Butrint i słynny
promik. Jednak nawigacją zgłupiała czym sprawiła nam radośc i niespodziankę ponieważ pociągneła nas przez SH97 dookoła i wylądowaliśmy w Sarande.Po drodze owieczki na drodze, kamyczki na drodze i dziwne osiedle na drodze.
Wjeżdzamy do kurortu i zaczynamy klasycznie szukać noclegu, instynkt pokierował nas pod klub nocny
No ale po szybkim zrobieniu kółeczka po jednokierunkowym centrum (navi klasyczni głupieje) wjeżdzamy na
promenadę. Hoteli bez liku wiec zatrzymujemy sie jakies 700 m od promenady w hotelu o bogato brzmiącej nazwie Grand Hotel ****. Idziemy szybciutko coś zjeść i tu szybki zonk. Może i ma ten hotel **** ale kelner jakiś obrażony chodzi, jedzenie takie sobie a butelka (zaznaczam, że butelka a nie karafka) wina kosztuje 35 euro LOL. Wypijamy wiec parę piwek i lecimy na promenadę a tam od razu bardziej przyjaźnie
Dla "odmiany" atakuję jagnięcinę bo lubie i popijamy płynami w ustalonej od początku wyjazdu konfiguracji.
Mianowicie na wejscie po 2 piwka a potem zamawiamy 2 litrowe karafki z winkiem czerwonym i białym. Nawiasem mówiąc była to niekwestionowana część każdego naszego wieczornego posiłku. W międzyczasie zaczyna się robić ciemno i kolorowo na ulicach. Iluminacja jak w MOnte Carlo, wieżowce z hotelami wzdłuż wybrzeżą noooo po prostu zaczyna się robić ciekawie  Na murku obok tubylec kręci papieroska wiec niewile myśląc proponuje mu wymianę na mentolowego wysępionego od raymunda. No wymiana zapoczątkowała owocną imprezę bo po smakowaniu albańskiego tytoniu nadszedł czas na coś mocniejszego czyli koniak Skanderbeu. Początkowa próbka w postaci cwiarteczki zostałą przez nas i już "zaprzyjaźnionych" tubylcow pochłonięta w sekundę. W miedzyczasie Tomek idzie po wiecej a my gadamy po "albańsku". No wiecie, cigareten albanian Guuuuut, Hodża komunist beeeeee i tak dalej  Tomek przynosi flachę litrową koniaku i automatycznie wzrasta nam zasób słów. Pojawiają się toasty po polsku i albańsku oczywiście wykrzykiwane krzyzowo, znaczy my po albansku a oni po polsku. SIę działo mówię Wam w pewnym momencie siedziało nas na murku z dziesięciu. Wracamy chwiejnym krokiem do hotelu, wpadamy na jedno piwo na taras hotelowy (chyba jedno...). Próbujemy podtrzymywać "dobre stosunki" z naciskiem na stosunki - cokolwiek to znaczy jednak bez powodzenia hahahahahha. NAwiasem mówiąc zaraz po podjechaniu na parking hotelowy podszedł do nas gentelman rodem z naszych lat 70 i zapytał "jak mogę Wam pomóc"
No idziemy grzeczni spać bo jutro chcemy troszkę pozwiedzać i zażyć kompieli w morzu jońskim.

Przejechane jakieś 250 km 

Wtorek 3 września

Dziś leniwy dzień w planach. Wstajemy jak goście gdzieś koło 8 i idziemy na śnaidanko. Oczywiśćei nie obywa się bez "kłotni" co robimy i gdzie ewentualnie jedziemy. Ray chce szeroko rozumianego plażowania a Tomek zamarzył sobie wyprawę na Korfu które widać na wyciągniecie dłoni. Godzę towarzystwo proponując wypad do Butrini bo skoro juz tu jesteśmy to może ..... Jedziemy zatem, przejeżdzamy przez Ksamil (dzieki opatrzności, że tu nie staneliśmy bo po prostu dziuuuura) i podjeżdzamy pod atrakcję archeologiczna. Pan policjant podejmuję się trudnego zadania pilnowania naszch motocykli a my oganiając się od małych handlarzy (kup, kup ode mnie) wchodzimy. No ruiny i tyle  Cykamy sporo fotek, chodzimy alejkami gdzie nieźle bawili się rzymianie, Tomek popuszcza wodzę fantazji opowiadając mi o miejscach gdzie z całą pewnościa dla rozrywki gwałcili dziewice  Nie rozumiem takiej rozrywki bo się narobić trzeba i pewnie hałasu sporo. Podczas gdy jak mawia przysłowie - wyślizgane sanki lepiej niosą....
Wracamy jakoś tak naokoło do Sarande i ciag dalszy dnia postanawiamy spędzić poznajać kulinarną (szeroko rozumianą) Albanię. Idziemy do lokalnej knajpki z Tomkiem bo Ray się w międzyczasie moczy
Znów zjadamy fajne żarcie z grilla popijając piwkiem i winkiem po czym idziemy się przejść dalej. I spotykamy znów naszego kolegę tubylca z dnia poprzedniego który ....jak obiecał przyniósł flaszkę swojej roboty raki. Co prawda nudząc się czekaniem na nas wypił z pół ale to co zostało i tak dla nas 3 w zupełności wystarczyło
Świat znów wypiekniał, kobiety patrzyła na nas łaskawszym okiem (przynajmniej tak się nam zdawało) zatem marynarskim krokiem idziemy po Raymunda aby go gdzieś wyciagnąć. Raymund się daje wyciągnąć dla odmiany Tomek postanawia zostać na tarasie hotelowym i kontemplować piękno. Idziemy z Rayem niedaleko bo sił brak i lądujemy w pizzeri gdzie znów jemy fajne jedzonko nieomieszkajać popić odrobinkę. Wracam do hotelu, kłądziemy się grzecznie bo czas jutrzejszy to transfer do CZaarnogóry przez całą Albanię. Koło północy budzi nas pukanie do drzwi .... otwieramy a tam jakiś chłopak nieskłądnym angielskim mówi, że coś nie tak z motocyklami, że coś się pali i tak dalej... No kurrrrrr lepszej pobudki nam nie mógł zrobić. W 10 sec byliśmy na dole i okazało się, że ..... podjechał jakiś aborygen na motocyklu i zostawił go na światłach (stąd pewnie coś z fire mu się przypomniło) wiec miły Pan pomyślał, że to jakiś nasz kumpel. Ufff, ufff złapaliśmy oddech i wkurwieni poszliśmy znów spać. NAwiasem mówiąc wychodząc gdziekolwiek bardzo skrupulatnie zamykalismy przesuwne drzwi balkonowe które znajdowały się na poziomie gruntu prawie. No wiecie w pokojach telefony, tablety i inne dobra wszelakie. Jakież byłao nasze zdziwienie i śmiech jak okazało się,że w międzyczasie druga część drzwi przesuwnych zasłonietych kotarką była cały czas otwarta

Przejechane ???? a cholera wie ile bo byłem tak wyluzowany, że rejestratora nie włączyłem.

CDN...
Prawdziwy twardziel nie je miodu, On żuje pszczoły ....

yellow_67

Środa 4 września

Dziś pracowity dzień - musimy przejechać wzdłuż Albanii i dojechać do Czarnogóry.
Wyjeżdzamy zaraz po śniadanku jakoś przed 8 rano,żegnamy się z naszym "Monte Carlo" i ruszamy w stronę Vlore.
Jedziemy oczywiscie nadmorską SH8 podziwaiając przewijające się po lewej stronie morze jońskie. TAk ma być aż do Vlore gdzie nastąpi magiczna przemiana w Adriatyk. Droga górzysta z dużą ilością zakrętów, gorąco.
Pzrejeżdzamy przez małe miejscowości w których ludzi esiedzą przy stoliczkach i piją kawę. My napieramy ostro do naszej pierwszej atrakcji tego dnia - do przełęczy Llogara. I faktycznie robi wrażenie, wspina się trawersami od poziomu morza do wysokości około 1600 m. Droga z długimi prostymi trawersami i szybkimi
agrafkami, średnio zabezpieczona od strony przepaści. Jedziemy przez to jakby ostrożniej i powoli aż na szczyt skąd roztacza się zajefajny widok. Stajemy na kawce w jednej z rozlicznych tu knajpek, spotykamy oczywiście Polaków i tak gadając przy kawie o dupie MAryny odpoczywamy przez chwilę. Potem długi zjazd do Vlore z dziurami w drodze wielkości małego fiata. To były chyba jedyne takie spektakularne dziury popdczas naszego całego wyjazdu. Pzrejazd przez Vlore jako miasto portowe w sumie niezbyt ekscytujący - no może poza jakąś akcją milicyjną gdzie Panowie z długą bronią i w kamizelkach kuloodpornych skierowali nas małym objazdem.
Przyznaję, że zbytnio w pewnym momencie zawierzyłęm nawigacji i zamiast pojechać kawał drogi autostrada to wpakowaliśmy się na starą drogę lokalną. No ale dzieki temu mieliśmy okazję posmakować "legendarnych"albanskich dróg. W porównaniu z niektórymi polskimi ..... nie było źle
Swoją drogą albańskie autostrady są faktycznie specyficzne. Nie ma na nich skrzyżowań bezkolizyjnych tylko
zwykłe ronda, po poboczach łaża stada ludzi i zwierzyny. Autobusy i inne busiki zabierają pasazerów wprost z
prawego pasa. O zjazdach na stacje benzynowe nie pisze bo ich nie ma  Po prostu skręca się w prawo i już. No chyba, że się pzrestrzeli to po prostu jedzie się pod prąd i tyle - widzieliśmy
Podczs przejazdów przez centrulu miast należy mieć oczy dookoła głowy bo faktycznie każdy jedzie jak chce.
Jednak jest w tym jakiś zadziwiający porządek i spokojnie nawet bez trąbienia przejeżdza się przez centra
Durres jest po prostu nudnym, dużym miastem. Za to Tirana na której przedmieścia wjechaliśmy pozwala domyślać się komunikacyjnego armagedonu. Szybko przelatujemy przez Shoder podziwiając majaczące na horyzoncie Góry Przeklęte. Sympatyczne przejście albańsko-czarnogórskie z wydzielonym pasem dla motocykli i już jesteśmy w CZarnogórze. Pierwsze wrażenie ? O rety ile tu jest meczetów. Bo w Albani widzieliśmy słownie jeden. Za to wszędzie pełno krzyży i starszych panów z greko-katolickim różańcem w reku.Wracając na chwilę do Albanii, wydawało mi się, że będzie tu pełno (sorry) tzw "arabstwa" okutanego w te całe zwoje, śniadych na twarzy i tak dalej .... A tu NIESPODZIANKA. Klasyczny Albańczyk/Albanka to istota o jasnej cerze, blond włosach i jasnych oczach - SZOK. No ale jak się było tyle lat pod panowaniem Rzymskim to co się dziwić ?Swoją drogą zdarzały sie oczywiście sniade i ciemnowłose osoby ale to raczej w stylu i klimacie tzw "cyganów". Dla odmiany był to efekt mówiąc brzydko sturczenia - czyli gdzie udało sie dawno temu wpaść turkom i zamoczyć siusiaka to pojawiali się tacy własnie "aborygeni".
No ale wracamy do CZarnogóry - jedziemy piękną drogą pośród sadów, droga naprawdę wąziutka i kręta. Zaczynamy zjeżdzać w dół bo w planach jest spanko w Bar'ze żeby było miło. Jednak zmęczenie dopadło nas na stacji benzynowej (mnie dopadła również sraczka) i szukając w internecie znajdujemy miejscówkę w Dobrej Vodzie.
Dojeżdzamy o dziwo bardzo sprawnie i za chwilę po zalogowaniu i umyciu się moczymy dzioby w piwie.
Miejscówka przekozacka, nad samym morzem z własną restauracją na plaży. No żyć nie umierać a ceny zupełnie spoko.Oglądamy siedząc przy stoliku nadmorską rewię mody, fajne laseczki przechadzające się po plaży, starszych panów z takimi laskami (och ta niemiecka emerytura) po czym aby się nie denerwować idziemy grzecznie lulu.

Przejechane coś koło 400 km.

Czwartek 5 września

Dziś mamy zamiar obejrzeć Durmitor bo Bokę Kotorską zrobimy podczas przejazdu do Chorwacji.
Po drodze przejazd obok wielkiego jeziora Szkoderskiego, potem prze centrum stolicy Podgorice.
Jakaś mała ta stolica ale z drugiej strony sama Czarnogóra też wielka nie jest.
I zaraz za Podgoricą wrowadzam w życie swój szatański plan
Zaraz za Podgoricą zamiast jechać piękną skądinąd drogą do Mojkovaca odbijam w prawo w górską drogę do
Matesovo. Drogą jest kręta, bardzo kręta, zajebiście kręta. Do tego wąska, bardzo wąska no momentami ,..,no wiecie. Biegnie momentami samym grzbietem z przepaściami po lewej i prawej stronie.Po drodze lasy, malutkie osady, czasami troche dziur. Po drodze pare przygód z mijaniem ciężarówek bo miejsca naprawde niewiele. Jednak auta grzecznie pomagają nam jakoś się ominąć i podczas przyjaznego obtrąbywanie sie napieramy do przodu. Droga o długości około 50 km zajeła nam ponad dwie godziny
Wpadamy potem na wspomniną trase do Mojkovaca i jest fajnie. Szeroka droga, dobry asfalt, otwarte szerokie zakręty a to wszystko pośród gór i lasów. Po pewnymczasie pojawia się zaczątek wąwozu rzeki Tary aby po pewnym czasie esplodować dziurą w ziemi i monumentalnymi ścianami otaczającymi go raz z jednej raz drugiej strony. Zatrzymujemy się przy słynnym moście na rzece Tarze, szybkie zdjęcia i walimy dalej do ichniego Zakopanego czyli Zabljaku.Pieknie, bardzo pieknie jednak nas zaczyna powoli gonić czas. Nie spędzmy tam zbyt dużo czasu, rezygnujemy z przejazdu przez środek durmitoru tylko znów naprawdę świetną, nową drogą zaczynamy wracać do DObrej Vody. Zmęczenie doskwiera nam coraz bardziej, wypijamy kolosalne ilości płynów po drodze i marzymy tylko aby dojechać na kwaterę, wykąpać się, zjeść i napić zimnego piwa i winka. Wreszcie jesteśmy - padamy na ryjki i grzecznie po sutej kolacji idziemy spac.

Przejechane znów coś koło 400 km

Piątek 6 września.

Dociera do nas, że w zasadzie to już wracamy. Żegnamy się czule z naszym gospodarzem obiecując, że jeszcze tu wrócimy i zaczynamy jechać w stronę Chorwacji. Po drodze najważniejsza atrakcja czyli objazd Boki Kotorskiej.
Podchodzimy do tematu ambitnie i nie skracając drogi do Kotoru przez tunel jedziemy regularnie dookoła.
PIĘKNIE, PIĘKNIE, PIĘKNIE. Droga wąska przez małe, urocze miejscowości przyklejone z jednej strony do ściany fiordu a z drugiej otoczone wodą. Małe knajpki, ludzie opalający się na platformach kąpielowych, sporo starych zniszczonych domów do kupienia. Droga pzrez zatłoczony Kotor gdyby miala odbywać się samochodem doprowadziłaby mnie do $%#^^%*&^( a tak jakoś daliśmy radę. A potem to już było tak jak kiedyś, nawet najpiękniejsze widoki zaczynają się nudzić  Wiec niech się ta Boka Kotorska już skończy.... Wjeżdżamy do Chorwacji i w wielkim pośpiechu robimy sobie zdjęcia z widokiem na Dubrovnik. Tomkowi się marzy aby jechać jadranką do Splitu a potem starą jedynką, górami do Karlovaca  Hhahahahahaha przejechalismy kawałek jadąc w tempie 30 km/h i Tomek nie wytrzymał - wydał dziarską dyspozycję "spierdalamy na autostradę". Tempo jazdy istotnie wzrosło, słońce zaczeło chylić się ku zachodowi a my napieramy dalej. Mijamy Split i planujemy dolecieć do Szybenika.
Tam zjeżdzamy do jakiejś nadmorskiej mieściny, szybko znajdujemy nocleg. Śpimy w bubngalowie z dwoma
sypialniami i 2 łazienkami i pokojem dziennym. Lecimy na kolacje do knajpy (okazuje się że jednej z lepszych gdzie trzeba sie umawiać na stolik - nam się udało z marszu) i ja znów dla odmiany zajadam jagnięcinę i popijamy również dla odmiany piwem i winem czerwonym i białym. Płącimy już nei tak przyjazny rachunek jak w Albanii i CZarnogorze i idziemy spać. W nocy koło 2 wstaje na chwilę i wychodze na zewnątrz (nie żeby sikać) i ilość gwiazd przytłacza mnie swoją ilością _ CUDNIE.

Przejechane około 500 km

Sobota 7 września

Teraz to naprawde zaczynamy wracać. Pomysł jechania jedynką przez góry zmarł śmiercią naturalną. CZeka nas strasznie nudne napierdzielanie autostradami tak daleko jak się da. W niedzielę chcemy być w domach w miarę wcześnie. Startujemy po siódmej i napieramy. Pogoda zmienia się dynamicznie od upału do 12 stopni w górach. W okolicach Słowenii chmurzy się lecz temperatura utrzymuje swoje rześkie 25 stopni. Po małych perypetiach przejazdu przez Słowenie aby uniknąć bzdurnego płącenia za autostradę wreszcie wjeżdzamy do Austrii. I tu mamy pierwszy zonk, zatrzymujemy się z raymundem na pierwszej stacji aby kupić winietki. Niestety Tomek nie usłyszał dokładnie i przeskoczył dalej. Jeśli dołóżymy do tego chwilowe problemy z komunikacja .....
Efekt był taki, że Tomek dalej już pojechał sam natomiast my z rayem pierdołując sobie 130 km/h jechaliśmy dalej. NA autostradzie austriackiej mnogość motocykli w związku z zaczynającym się FAcker Zee.
Na widok zachowania niektórych (szczególnie niemieckich) motocyklistów jedyne słowo jakie przychodziło do
głowy to faktycznie fuck. Mijamy Wiedeń, Bratysławę, i lecimy wciąż w stronę Polski. Około 19.30 zachodzi słonko i robi się niestety zimno. DObijamy dziarsko do Oscadnicy położonej 15 km od polskiej granicy. Ponieważ pensjonat jest zaprzyjaźniony to czujemy się tu jak w domu. Po raz pierwszy nie jem jagnięciny tylko bryndzove halouszki i popijam piwem. DO tego natchniony widokiem kolacji naszego gospodarza prosze na deser o to samo i dostajemy talerz panierowanych kanii. Zjedliśmy z apetytem i ja zwaliłęm się spać, przez chwilę przeleciała mi tylko przez głowę myśl, że głupio byłoby zjechać taki kawał i zatruć się tuż pod domem grzybami. Z ulgą jednak obudziłem się rano cały i zdrowy.

Zrobione 1000 km

Niedziela 8 wrzesnia

Ponieważ Ray miał umówiony serwis GS'a w Bielsku na poniedziałęk wiec nigdzy się nie spieszył. Zjedliśmy
śniadanie, pożegnałem czule tą turecką małpę i ruszyłęm w stronę domku do mojej stęsknionej Żony
Po drodzę na zakręcie widok idącego na mnie na czołówkę mercedesa sprawnie mnie obudził. Od razu poczułem się jak w domu. DO tego przejazd przez Kraków a zwłąszcza wyjazd z niego dostarczył zawieszeniu mojego motocykla wrażeń z pewnością wiekszych niż Albania i wszystkie te kraje razem wzięte - WITAJ POLSKO.

Zrobione około 300 km


Podsumowując co mnie najbardziej zdziwiło - Albania z jej ludzmi i tym jak szybko się rozwija.
Co mnie najbardziej urzekło - zdecydowanie Czarnogóra, piękna jest po prostu, taka Nowa Zelandia w Europie. A i naszych rodaków coraz tam wiecej wiec chyba warto się pośpieszyć zanim i ten kraj nam spaskudzą....
Prawdziwy twardziel nie je miodu, On żuje pszczoły ....

pat

fajny wypadzik i ciekawa relacja :) wrzuć jakieś fotki...
Żyje się po to żeby jeździć... Jeździ się po to aby żyć...

yellow_67

17 Wrzesień 2013, 21:12:23 #3 Ostatnia edycja: 18 Wrzesień 2013, 10:15:01 by yellow_67
@ Pat - jak sobie życzysz :)
Generalnie polecam ten kierunek ale sugeruje troszkę więcej czasu niż 10 dni :)

https://plus.google.com/photos/113750967911138542736/albums/5924632604519394689

Fotki w linku powyżej.
Prawdziwy twardziel nie je miodu, On żuje pszczoły ....

kudłaty

:)) graty za fajny reportaż ,ale koniecznie fotki.

pat

Fakt - kierunek godny polecenia :)
Żyje się po to żeby jeździć... Jeździ się po to aby żyć...