23 Wrzesień 2020, 01:43:18

Aktualności:

>>> SPOTKANIA KFM <<<
Serdecznie zapraszamy na wspólne spotkania: każdy PIĄTEK 19:00 - LOKAL CKR
Szczegóły w wątku.



Dzida Bania Tour - Bałkany 2011

Zaczęty przez kubek, 16 Sierpień 2011, 16:24:26

Poprzedni wątek - Następny wątek

kubek

16 Sierpień 2011, 16:24:26 Ostatnia edycja: 20 Sierpień 2011, 19:48:47 by kubek
Czas na moją relacje:) Będzie pisana w miarę wolnego czasu wiec pewnie trochę to potrwa...

Pomysł wyprawy pojawił się kilka miesięcy wcześniej, planowana trasa kilkakrotnie ulegała zmianie, by ostatecznie 2 lipca wyruszyć w kierunku Bałkanów.  Na dwa dni przed wyjazdem z przyczyn zawodowych ze składu wypadła moja małżonka.

Ekipa ostatecznie:  Ja czyli Kuba na Gsx1400, Adaś na Tdm850 i Bobek z Karoliną na Xtz750.   

Plan: Polska-Słowacja-Węgry-Rumunia (transfogarska)-Serbia-Macedonia-Albania-Czarnogóra-Chorwacja-Węgry-Słowacja-Polska

Czas: 2 tygodnie

Dzień1.

Jako że prognozy pogody zapowiadały lipiec jako bardzo ciepły i słoneczny z Kielc startujemy o  świcie w deszczu i chłodzie. Podpinki, deszczówki ? pełen zestaw. Kierujemy się z Adasiem na przejście graniczne w Barwinku, gdzie spotykamy się z Bobkiem i Karoliną, którzy jechali z Rzeszowa. Małe przepakowanie i dzida dalej. Słowacja bez kłopotu, denerwują tylko ograniczenia prędkości i obawa spotkania ze słynną słowacką drogówką. Na Węgry wjeżdżamy w małej miejscowości Pacin. Prowadzi nas Czesio i AutoMapa więc skracamy sobie żółtymi drogami. Do Rumunii wjeżdżamy na przejściu granicznym w Petea. Rumunia jest w EU ale nie w strefie Schengen więc szybka kontrola dokumentów i jedziemy dalej. Kierunek Baia Mare. Za Satu Mare pierwsza lekcja jazdy w Rumunii ? nie wszystkie żółte drogi są asfaltowe, w efekcie marnujemy trochę czasu i wracamy na asfalt. Popołudniu docieramy do celu. Za nami 600km. W tym miejscu chciałbym podziękować Mateuszowi z Motomety i zareklamować preparat  do czyszczenia szybek w kasku, jazda w deszczu robi się o wiele łatwiejsza. Nocleg zaplanowaliśmy w hotelu nad jeziorem na północ od miasta. http://www.complexcaprioara.ro/ Hotelik super na nocleg i odpoczynek po podróży. Na miejscu restauracja i basen z gorącą wodą, tak wiec po kolacji do basenu, kelner przynosi browarki i pełen relaks. Na zewnątrz oczywiście pada i zimno. Motocykle schowane pod wiatą. Cena noclegu 25eur za pokój dwuosobowy, moim zdaniem bomba. 

Adaś


Bobek


Karolina


Ja


















Trasa:

Kuba`125

Bardzo fajna wyprawa ,przez niezwykle ciekawe i barwne kraje, z niecierpliwością czekam na dalszą część relacji :).
Dziewięć pięć czteRRy ;D

jacu

GG 4875121

kubek

17 Sierpień 2011, 18:45:56 #3 Ostatnia edycja: 20 Sierpień 2011, 19:50:44 by kubek
Dzień 2.

Rano ruszamy na południe w kierunku Sighisoary. Wcześniej śniadanko pod sklepem. Lecimy czerwonymi drogami, które są bardzo słabej jakości. Co parę kilometrów jakieś poprzeczne ubytki asfaltu i zwężenia. Nocą mogą być niebezpieczne więc nie polecam jeździć po Rumunii po zmierzchu. Generalnie świat kontrastów, furmanki i Q7. Dużo Policji w białych Loganach, praktycznie w co drugiej miejscowości, trzeba ostrożnie.
Po drodze stajemy na posiłek. Wybór padł na zupkę ?ciorba de bursa? która okazała się flakami w śmietanie. Nie polecamy. Później mi się przypomniało że ojciec mnie ostrzegał przed tym specjałem :). Spotykamy tam kolesia z dziewczyną na Transalpie. Są z Targu Mures i przez 2 tygodnie jeździli sobie po Rumunii, od morza po góry, fajnie, jest inspiracja na kolejny rok :).
Lecimy dalej. W Targu Mures bardzo dużo motocykli, ale prawie same sporty. Po paru kilometrach już wiemy dlaczego - za miastem są super winkle. Widzimy kilku lokalesów przemieszczających się z kosmicznymi prędkościami w całkiem sporym ruchu ulicznym.
Wczesnym popołudniem docieramy do Sigishoary. Znajdujemy kamping w centrum miasta.  Jeden z dwóch polecanych przez holendrów ze strony  http://www.paspoortroemenie.nl/.  Wynajmujemy dwa domki, cena 25lei/os. Standard średni ale pogoda nie rozpieszcza i lepsze to niż namiot.
Jako że nie pada i nawet wyszło słońce to lecimy zobaczyć sobie miasto. Urodził się tu Vlad Palownik zwany także Draculą. Kolacyjka, browarki ? wakacje pełną gębą. Wieczorem na kampingu pojawiają się 3 motocykle z Polski, ale nie zdążyliśmy się zintegrować.
Jutro pierwszy z celów wyjazdu. Szosa Transfogarska :)














zupka




















Trasa

jacu

GG 4875121

kubek

18 Sierpień 2011, 23:59:39 #5 Ostatnia edycja: 20 Sierpień 2011, 19:55:50 by kubek
Dzień 3.
Całą noc padało, czyli nic nowego. Rano śniadanko, pakowanie i dzida w góry :). Skracamy sobie żółtymi drogami, asfalt o dziwo jest. Był co prawda krótki odcinek bruku ale można to pominąć. Była też pierwsza druciarnia, Bobkowi się stopka centralna tłukła. Trochę drutu i fantazji i po usterce. Ostatnie tankowanie i skręcamy na DN7C. Asfalt całkiem dobry, widoki zapierające dech w piersiach, aż ciężko się na drodze skupić. Co chwilę stajemy robić zdjęcia. Pogoda średnia, deszczu dużego nie ma ale mży. Jedziemy odważnie bez deszczówek.  Na poboczu miejscami leży jeszcze śnieg. Wspinamy się wyżej i wjeżdżamy w chmury. Docieramy na szczyt, GPS pokazuje 2035mnpm. Są jakieś stragany itp. ale zwiedzanie nie ma szans, nic nie widać. Spotykamy kolesi z Białegostoku (Transalp i Varadero). Mówią że przejechali już Transalpine i że po południowej stronie Karpat jest ciepło i sucho. Tym optymistycznym akcentem pożegnaliśmy się po raz pierwszy. Tunel i zjazd w dół. Wyjeżdżamy z chmur i znów jest pięknie. Fotki, fotki, fotki. Pasące się owce i konie. Droga super. Jedzie się aż miło. Niestety sielanka się kończy się po kilkunastu kilometrach. Droga robi się dziurawa jak cholera, ciężko się manewruje, stelaże i kufry przechodzą chrzest bojowy. Na postoju znowu spotykamy chłopaków z Białegostoku. Tyłki nam odpoczywają, jak na razie był to najgorszy odcinek drogi. Za parę kilometrów spotykamy ekipę z kampingu i chłopaków z Białegostoku. Kolejny punkt widokowy. Tama na jeziorze Lacul Vidraru. Kilka fotek i lecimy dalej. Kierujemy się na Curtea de Arges i skręcamy na Ramnicu Valcea. Szukamy kampingu o którym gdzieś czytałem. Jadę pierwszy i znajduje kamping w miejscowości Barlusi. Kamping jest, wszystko dogadałem, ale nie ma reszty. Zawracam. Po jakiś dwóch kilometrach znajduje ekipę. Tenerka rzuciła palenie. Są chłopaki z Białegostoku :). Jest też jakiś łysy koleś w nowiutkim A6 na belgijskich blachach. Oferuje pomoc, mówi o kempingu, generalnie spoko. Tenerka pali jedziem dalej. Tym razem do kampingu docieram ja i Adaś. Tenerka znowu nie pali. Z racji tego że został im tylko kilometr ja zostaje, a Adaś wraca. Łysy koleś okazuje się belgijskim kuzynem właściciela kampingu i jest tu na wakacjach z rodziną. Zanim zaparkowałem moto, nowy kolega już jechał z przyczepą w stronę Bobkowej tenerki.  Usterką okazał się kabel od masy, który się urwał jakimś cudem i zabrakło prądu.  Przyczepa wróciła na pusto. Kamping super. Właściciel Dragos zaprosił nas na bimberek, a Belg streścił nam całą historie ich rodziny, ogólnie bardzo miła atmosfera. Na miejscu bar, więc piwko jest. Zaproponowali nam przyrządzenie kolacji  (MixGrill). Baranina z grilla. Pyszności. Po kolacji siadamy przed domkami z Ursusami.  Jest pięknie, nie pada, cieplutko. Domki super, łazienka super, o wiele wyższy standard niż w Sigishoarze, a cena ta sama.



















































Trasa



Dzień 4
Po porannym leniwym śniadanku, przy pięknej pogodzie, regulujemy rachunek 201 LEI (50EUR) za 4 osoby (nocleg, kolacja, browary).  Startujemy i na pierwszym tankowaniu  w Ramnicu Valcea okazuje się że Bobkowi działają tylko kierunkowskazy i ?długie? Okazało się że poprzedniego dnia popaliły się prawie wszystkie żarówki. Jednak zanim do tego doszliśmy to zeszło ponad godzinę. Wymiana przedniej żarówki następna godzina, wiadomo Yamaha :P. Żar leje się z nieba. Lecimy w kierunku Serbii na przejście graniczne w Dobreta Turnu Severin. Nie jechaliśmy przez Bułgarie by ominąć przeprawę promową i nie tracić czasu na dwóch granicach. Przejście Rumuńsko-Serbskie znajduje się na tamie na Dunaju. Na granicy niemiły epizod z Rumunami którzy zajeżdżają nam drogę gdy omijamy kolejkę, ale radzimy sobie i z tym :). Serbia  wita nas pustymi i niezłymi jakościowo drogami. Nocleg planujemy na campingu przy jeziorze w okolicach miasta Bor. Serbia zrobiła na nas przygnębiające wrażenie w porównaniu do pełnej życia Rumunii. Zero widocznych zabudowań, samochodów malutko, jakoś tak smutno.  Zaczyna padać i robi się szarówka. Zbaczamy z głównej drogi i kierujemy się do Boru, który mijamy i dalej w kierunku kampingu nad Borskie jezioro. Robi się średnio fajnie gdy okazuje  się że kampingu jako takiego nie ma, a nad jeziorem pusto, ludzi brak, wielki opuszczony hotel straszy powybijanymi szybami. Znaleźliśmy jakiś mały motel ale motocykle musiałyby stać na ulicy więc odpuszczamy i wracamy do Boru. Leje i ciemno. Już dobrze po 21 a my jeszcze nie mamy noclegu ani lokalnej waluty i w ogóle nam się już nie chce. Bor nie okazał się być kurortem turystycznym tylko miastem górniczym. Na szczęście jakaś miła pani pokierowała nas do pensjonatu nad warsztatem i myjnią samochodową. Wynajmujemy pokój za 40EUR, z właścicielem umawiamy się że motocykle na noc schowamy do garażu. Pobliska restauracja okazuje się dyskoteką więc sobie odpuszczamy i okolicznym sklepie kupujemy coś na kolacje oraz lokalne browarki. Dobrze że można płacić kartą. Standard pensjonatu przyzwoity, widać że nowy i nie używany. Na LCD Samsunga oglądamy prognozy pogody na jutro, konsumujemy zakupy i idziemy spać. Tylko 350km, a dzień pełen wrażeń.

























Trasa




Generalnie koncepcja była taka by do celu dojeżdżać około 17 i wtedy szukać noclegu, ale dziś się nie udało. Ale najfajniejsze  jest to że był to ostatni deszczowy dzień tej wyprawy.


kubek

Dzień 5.

O 8 otwierają warsztat i musimy zabrać motocykle. Bez śniadania pakujemy się i spadamy dalej. Początkowo ruch umiarkowany, trochę prostych, trochę serpentyn.  Jedzie się dobrze, ciepełko, niebo bezchmurne. Mijamy kolejne opuszczone zakłady, przypomina to Polskę z początku lat 90, generalnie bida. Czym bardziej na południe tym ruch większy. Koło Niszu wpadamy na autostradę i dzidujemy na południe, celem jest Ohrid w Macedonii.  Stacje benzynowe rodem z PRL, zaniedbane, nawet te sieciowe. Kible na narciarza. Kilkadziesiąt kilometrów za bramkami poboru opłat autostrada się kończy, droga robi się wąska i ruch duży. Trasa tranzytowa do Grecji więc dużo TIRów i autokarów.
Po drodze stajemy na śniadanie gdzie kelner po angielsku rozumie tylko ?cola?. W międzygalaktycznym języku migowym pokazujemy co chcemy. Porcja kiełbasy  z grilla okalała się olbrzymia że nawet starczyła na kanapki na drogę.
Granica z Macedonią bez najmniejszych problemów, choć ruch spory to idzie szybko i nie wbijamy się na chama.
Za nami około 300km, a przed nami kolejne 250 przez nieznany i mało popularny w Polsce kraj. Nie wiemy czego się spodziewać i początkowo jedziemy zachowawczo.  Zaraz za granicą zaczyna się autostrada i już lecimy sobie na luzie. Tankowano, wymiana waluty i wypinamy membrany z ciuchów. Tu już jest gorąco. Pierwsze wrażenia z Macedonii bardzo pozytywne. Skopje omijamy autostradą. Tu ciekawostka, odcinki pomiędzy bramkami na autostradach są bardzo krótkie i to drażni, ale cieszy cena, żaden odcinek nie był droższy niż 1EUR, a na niektórych bramkach machają nam i każą jechać dalej bez opłat. Podoba nam się :). Gdy kończy się autostrada zaczynają się góry, dobry asfalt, piękne widoki, jedzie się bardzo przyjemnie. Docieramy do Strugi i szukamy noclegu, ale jest tu kiszka. Lokalesi polecają Ohrid. W centrum 50tysięcznego miasteczka ruch i tłok jak w Zakopanym, obskakują nas z ofertami kwater tak że się odpędzić nie da. Po jakimś czasie dokujemy blisko centrum na kwaterze, motocykle zamknięte pod dachem na podwórku. Cena 15 euro za pokój 2 osobowy za dwie noce. Standard średni, ale nie narzekamy, podoba nam się :). Szybko biegniemy w poszukiwaniu marketu bo alkohol sprzedają tylko do 19 :o Potem tylko w knajpach. Zwiedzamy sobie miasteczko i przypada nam do gustu bardzo.  Na kolacje kebab. Potem piwko w knajpie motocyklowej. Kolejna ciekawostka, na głównym deptaku co 100m jest zakład fryzjerski. Ceny wszystkiego miło zaskakują, jest tu dużo taniej niż w Polsce.  Późnym wieczorem wracamy do pokojów, popijamy zakupione wcześniej Skopsko i idziemy spać.



















Trasa:




Dzień 6.

Pełen relaks. Rejs łódką po jeziorze. Plaża. Regionalny obiadek. Wieczorkiem festiwal kultury bałkańskiej i browarki na brzegu jeziora.  Kilometrów ?0?.


























































Macedonia jednym słowem: SUPER

jacu

ścenka łopada a z zazdrości żal tyłek ściska gdyby nie to że we wtorek wyjeżdżam to przestałbym Cie Kubek lubić  ;D
GG 4875121

kubek

Dzień 7.

Po porannym śniadanku, pakujemy się i  już mamy wyjeżdżać gdy okazuje się że Tenerka pracuje tylko na jeden cylinder.  Świeca  czarna i iskry brak. Po wymianie wszystko gra jak należy i startujemy. Tankujemy i do granicy z Albanią mamy około 30km. Celem na dziś jest wybrzeże Czarnogóry. Zanim dojechaliśmy do granicy to zaczęły się problemy z TDM, przyczyną raczej paliwo, objawy jak u Bobka, TDM pracuje raz na 1 raz na 2 cylindry. Po chwili zastanowienia ryzykujemy i wjeżdżamy do Albanii. Granica bez kłopotu. Wszędzie sprawdzają zieloną kartę i o tym należy pamiętać przed wyjazdem w te okolice. Jej brak to koszt około 50EUR na wjeździe do każdego państwa.
Kierujemy się na Tirane. Trasa wiedzie przez góry, widoki piękne, droga dobra, niestety spory ruch. Bunkry są i jest zajebiście. Kraj muzułmański więc na drodze najważniejszy jest klakson i panuje zasada że większy ma pierwszeństwo. Gorąco jak cholera, termometr pokazuje pod 50*C.  Fotek dużo nie robimy bo za gorąco na postoje, a cienia mało. Tirana to masakra, ruch uliczny olbrzymi, przepisy chyba nie obowiązują żadne. Na dwóch pasach jadą 3 lub 4 rzędy samochodów, kierunkowskazów nie używa nikt, wszystkie manewry sygnalizuje się klaksonem. Oznakowania zero. Miałem 3 mapy na Albanie w nawigacji, wszystkie do dupy (w Tiranie tylko główna ulica). Jakoś udaje nam się przeżyć i wyjeżdżamy z miasta. Tankowanie na wylocie, kartą nie wszędzie można płacić więc trzeba wcześniej pytać.  Yamahy palą jakieś kosmiczne ilości paliwa, Suzuki Rulez :D. Albania to kraj szrotów i myjni samochodowych. Na tych pierwszych pocięte na ćwiartki X5, Q7, ML i inne podobne, na tych drugich nie pocięte :) to musi być bogaty kraj ;) Pomijam że 75% aut to mercedesy. Za Tiraną to już robi się płasko i dzidujemy do granicy z Czarnogórą koło jeziora Szkoderskiego . 
Granica bez kłopotu.  Lecimy w kierunku Baru bo nocleg planujemy na kampingu w miejscowości Utjeha między Barem, a Ulcinj. Camping nazywa się Oliva i jest przy samej plaży, nawet sporo cienia co w tym klimacie ma naprawdę duże znaczenie. http://www.cipa-booking.me/en/item/campng-oliva-utjeha,-bar/216 Polecam. Widoki na wybrzeżu Adriatyku super. Rozbijamy namioty.  Plaża kamienista o godzinie 18 już prawie pusta więc kąpiemy się w komfortowych warunkach.  Na kampingu dużo Polaków, większość campery lub auta z przyczepami. Poznajemy też Czecha na Beemwe r1150gs z narzeczoną, którzy mówią ze wczoraj byli tu Polacy na motocyklach i nawet mają wspólne zdjęcie. I kto na zdjęciu? Chłopaki z Białegostoku :) Jaja niezłe ;D. Wieczorkiem obiadek w knajpie, a potem lekka bańka przy namiotach. Planujemy tu zostać z 2-3 dni.


















początkowo myślałem że cieplej już nie będzie... hehe
















































kubek

Dzień 8.

Rano budzi nas niesamowity hałas, cykady. Dziś dzień relaksu. Plaża. Integracja z Polakami i Czechami(?) Wymiana świec w TDM i ważenie żuru. Tak gorąco że zaczynamy tęsknić za deszczem. Kilometrów ?0?.








































Dzień 9.

Znowu te pieprzone cykady budzą nas około 7. Relaks i plaża cały dzień. Popołudniu wycieczka do Ulcinj, gdzie na nabrzeżu robimy sobie małą sesje zdjęciową.  Zwiedzamy trochę miasto, tankujemy i wracamy na kamping. Suzuki Rulez cały czas pali najmniej i nie straszne mu tutejsze paliwo. Pakujemy się z grubsza bo bladym świtem startujemy do Chorwacji.


















































Dżej Dżej

Gratuluje wspaniałej wyprawy, relacja super oby takich więcej ;D
"Nie ważne dokąd, ważne że jeden ślad za tobą"

                    T: 605 067 402

kubek

23 Sierpień 2011, 22:32:36 #11 Ostatnia edycja: 25 Sierpień 2011, 21:15:07 by kubek
He he... Już kombinuje coś na przyszły rok.  ;D



Dzień 10.

Startujemy o świcie. Celem jest Makarska czyli około 300km Jardańską Magistralą. Widoki piękne, morze i góry, coś wspaniałego. Zatrzymujemy się na fotki, na pierwszy ogień wyspa-hotel Sveti Stefan, najdroższe miejsce w Czarnogórze, łajba obok robi wrażenie. Objeżdżamy zatokę Kotorską, można sobie skrócić promem ale po co, jest wcześnie rano i ruch zerowy. Granica z Chorwacją bez kłopotu, Polak którego poznaliśmy na kampingu dojechał do Czarnogóry na dowód więc luzik. W okolicach Dubrovnika jemy śniadanko w knajpie, ceny już nie tak atrakcyjne jak w Czarnogórze. Do Dubrovnika nie wjeżdżamy bo gorąco, oglądamy go z drogi, widok na miasto też coś pięknego.  Za miastem łapiemy oddech u koleżanki z pracy która tu wypoczywa z rodzinką, a zgadałem się z nią smsami godzinę wcześniej. Klimatyzowane pomieszczenie to coś czego akurat teraz nam trzeba było.
Dzida dalej, tak gorąco ze jadę w rozpiętej kurtce i bez rękawiczek. Ruch duży. Od tankowania 180km i trzeba pomyśleć o paliwie bo zasięg TDM to max 250km przy normalnym spalaniu. Po 230km TDM zaczyna prychać, a ja zaczynam myśleć o wężyku którego zapomniałem z domu:) Ale że Adaś to dziecko szczęścia to za zakrętem pojawia się stacja benzynowa do której dojeżdża na luzie, dobrze że było z górki. Fart niesamowity, przez 50km nie było stacji benzynowej. Tankujemy i dzida. W Makarskiej jesteśmy wczesnym popołudniem i szukamy noclegu, kwatery dość drogie od 40eur za pokój 2-osobowy i to daleko od plaży. Lądujemy w końcu na kampingu około 300m od plaży. Najdroższy i najgorszy nocleg tej wyprawy, 14eur od osoby za nocleg w przyczepie. Chłopaki dokonują zakupu świec zapłonowych w okolicznym sklepie motoryzacyjnym. W markecie robimy zakupy na kolacje, która przyrządzamy sobie na naszych kuchenkach. Wieczorkiem standardowa wymiana świec . Generalnie drogo tu i masa ludzi, typowy kurort turystyczny.
Ja podejmuje decyzje że skracam sobie wycieczkę o kilka dni i jutro wracam do domu, co oczywiście nie spotkało się to ze specjalnie ciepłym przyjęciem ze strony uczestników wyprawy... Zrobiłem to dla mojej pięknej i młodej żony, która w domu narzekała że nigdzie nie pojechała na wakacje. Plan powrotu to 2 dni z noclegiem w Budapeszcie lub jak dam rade to na raz do Kielc. 1350km :-\




















































Trasa



Dzień 11.

Dzida o 5 rano. Po 40km wpadam na autostradę. Ustawiam przelotową na 140-160km/h. Tankowanie i krótkie przerwy robię co mniej więcej godzinkę bo szybka jazda nakedem nawet z taaaaką szybą  męczy. W górach wieje jak cholera i zimno, membrany wpinam i zwalniam bo powyżej 100km/h ciężko w drogę trafić. Do Budapesztu wpadam wczesnym popołudniem.  Winietka  4 euro za autostrady na Węgrzech.  Nawet  mi przeszło przez myśl by walić prosto do domu, ale 830km w siodle dawało już się we znaki mojemu tyłkowi.
Zajeżdżam na Bikerkamp w Budapeszcie, bez namiotu, bo go zostawiłem Adasiowi i dowiaduje się ze nie wolnych pokoi:/ ale spoko, pewien Fin zgadza się że mogę spać z nim w dwójce, a przyjechał z godzinę przede mną, farciarz jeden. Prysznic i dzida w miasto, tym razem nie na moto ino metrem. W centrum jem pierwszy posiłek w dniu dzisiejszym. Z tego wszystkiego zapomniałem aparatu zabrać, a było za gorąco by się wracać. Budapeszt jest super, dobrze że Jacu był tydzień wcześniej i narobił fotek ;p
Wieczorkiem przy browarkach  integracja z Finem (F800S) i parą starszych Duńczyków (CB 500 i Paneuropan), fajny ten kamping. Gadamy sobie, a tu na wjeżdża Transalp i Varadero, od razu pomyślałem że to Białystok :), ale nie, to Turcy.







Trasa:



Dzień 12.

Po 5 rano dzida w kierunku Bańskiej Bystrzycy, potem na Chyżne, Kraków i Kielce. Oczywiście jedynym miejscem gdzie ktoś mnie chciał zabić na drodze była Polska.  Debil w Golfie TJE pod Tokarnią prawie mnie zepchnął do rowu. 
Koło godziny 13 byłem już domciu.





Trasa:



Nawinąłem  4200km w 12 dni. Usterek zero. Gleb zero. I nawet nic nie zgubiłem?